Wycieczka do Anglii - Sprawozdanie

Dnia 10.12.2016 (sobota) 44 śmiałków z IILO pod opieką pań profesor A. Stryczek, S. Wołoszyńskiej i K. Sawickiej wybrało się na tygodniową wycieczkę do Anglii. Głównym celem podróży był Londyn, a poza nim jeszcze Oxford i Canterbury. Wycieczka organizowana była przez Europejskie Centrum Młodzieży, z przedstawicielami – wspaniałym, wszystkoogarniającym przewodnikiem, Andrzejem Dawidem i niezastąpioną panią Gosią od wykwintnej kuchni, jaką grupa zaszczycona była się raczyć przez 5 dni pobytu w Anglii.

W Eurotunelu

Ruszyliśmy owej pamiętnej soboty 10.12. po 15:00. Podróż może była i długa, i męcząca, lecz spędzona w fajnej, towarzyskiej atmosferze. Kierowcy spisali się świetnie i nazajutrz o 17:00 dotarliśmy do miejsca naszego noclegu (czytaj – „o żadnym spaniu nie było mowy”) w Streatley, uroczej miejscowości na zachód od Londynu. Reszta dnia spędziliśmy na adaptowaniu się do warunków noclegowych naszego skromnego, acz miłego hostelu. Na kolację rozkoszowaliśmy się kulinarnym majstersztykiem pani Gosi – serem z makaronem. Danie zgoła genialne w swej prostocie, cieszące podniebienie i sycące zarazem. Delicieux!

Następnego dnia, w poniedziałek, zaspokoiwszy poranny głód śniadaniem (serem, szynką, dżemem i wyrobem chlebopodobnym), ruszyliśmy autokarem w kierunku Londynu. Wszystkich zachwycił ogrom stolicy dawnego Imperium. Przejechaliśmy m.in. obok słynnej siedziby MI6 (niedowierzałem, widząc ją na własne oczy – przecież w ostatnim Bondzie ją wysadzili!), a zatrzymaliśmy się pod najsłynniejszym z londyńskich mostów, Tower Bridge, którym już na własnych nogach przekroczyliśmy Tamizę, co chwila zatrzymując się oczywiście do licznych selfie (taki urok zwiedzania).

Około 13:00 wkroczyliśmy w progi Tower of London, poprzednio otrzymawszy od pana Andrzeja zadania na kartkach, które musieliśmy wykonać. Polegały one na zidentyfikowaniu pewnych eksponatów oraz uzupełnieniu faktów na temat twierdzy i jej bogatej i burzliwej historii. Podobne zestawy z analogicznymi pytaniami otrzymywaliśmy jeszcze kilkukrotnie w trakcie wycieczki. W Tower mogliśmy podziwiać m. in. klejnoty królewskie, największy diament na świecie – Cullinan I, osadzony w głowicy berła królewskiego. Blask złota i kamieni szlachetnych każdego przyprawiał o niemały zawrót głowy.

Pod Tower (w tle Tower Bridge)

O 15:00 zakończyliśmy  zwiedzanie Tower i ruszyliśmy autokarem w kierunku Parliament Square, gdzie mogliśmy podziwiać gmach słynnego Parlamentu oraz przepiękną Katedrę Westminsterską. Stamtąd podeptaliśmy w kierunku Trafalgar Square; weszliśmy do stojącej naprzeciw Galerii Narodowej. Bogactwo tamtejszej kolekcji dzieł sztuki jest nieocenione. Znaleźć mogliśmy tam płótna najwybitniejszych artystów ze świata malarstwa, m.in. Leonarda Da Vinci, Rembrandta, Moneta, czy Van Gogha. Galeria zrobiła na mnie takie wrażenie, że wraz z jedną koleżanką straciliśmy rachubę czasu kontemplując kolejne arcydzieła. Przez naszą lekkomyślność, panie opiekunki musiały postawić na nogi ochronę. Godzinę trwało szukanie nas, a my tymczasem beztrosko przeskakiwaliśmy od obrazu do obrazu. Widać, romanse (i nie tylko) ze sztuką bywają wciągające jak czarna dziura.

Niestety, nie mieliśmy już czasu na zwiedzanie Chinatown, po prostu przeszliśmy wzdłuż i wpakowaliśmy się do autokaru, który odwiózł nas z powrotem do Streatley, gdzie po obiadokolacji mieliśmy krótkie zajęcia językowe z panem Andrzejem, urozmaicone wypełnianiem ćwiczeń. Później, oficjalnie, poszliśmy grzecznie spać.

Nazajutrz śniadanie (to samo co wczoraj, plus kolejne wykwintne danie – mleko z makaronem), a po śniadaniu – Oxford – jedno z najsłynniejszych miast uniwersyteckich na świecie. Jako pierwsze, zwiedziliśmy Muzeum Ashmolean, gdzie podobnie jak w Tower, dostaliśmy kartki z zadaniami. Zobaczyć tu mogliśmy eksponaty dotyczące pierwszych kultur i cywilizacji, od starożytnej Grecji po Kraj Kwitnącej Wiśni. Po szybkiej kawie w muzealnej kawiarence, piechotą ruszyliśmy w kierunku centrum.  Zatrzymaliśmy się pod Sheldonian Theatre i tam, w ramach krótkiej przerwy, nasza grupa zaszturmowała na księgarnię Blackwell, istny raj dla moli książkowych. Czymkolwiek ktoś byłby zainteresowany, znalazłby cały regał książek na ów temat.

Obładowani książkami, wkroczyliśmy w teren najstarszych oksfordzkich kampusów. Gwoździem programu był kompleks Christ Church. Korytarze i schody rodem z Hogwartu, a w sali jadalnej brakowało tylko zaczarowanego sufitu. Miejsce to posiada swego rodzaju magiczną aurę, sprawiającą, że aż chce się człowiekowi uczyć i kształcić. Nie ma to jak siąść w kącie średniowiecznych murów Oxfordu i zagłębić się w dowolny podręcznik. Feeling niezapomniany.

Potem od 16:00 do 17:40 mieliśmy czas na połażenie sobie ulicami Oxfordu, porobieniu zakupów, uraczeniu się kawą (angielskiej kawy nie polecam – ja, jako kawosz) lub czymkolwiek innym zdatnym do spożycia. Kto coś kupił, to kupił, kto coś zjadł, to zjadł, a jak nie, to i tak nadszedł czas powrotu do hostelu. Tam oczywiście kolacja, a przy kolacji rozczarowanie. Gdzieś padło hasło, że mają być szparagi. Szkoda, że ktoś pomylił sobie szparagi z fasolką szparagową. Na domiar złego, mi trafiły się akurat buraki zamiast fasolki. Ale nie ma co narzekać, jadalne było. Później oglądaliśmy film i wykonywaliśmy zadania. Po seansie każdy wrócił do swoich czynności. Kto mógł, poszedł spać.

Środa. Śniadanie. Bez tostów. Surowy produkt chlebopodobny z czymkolwiek na wierzchu. Dzisiaj mieliśmy w planie wizytę w angielskiej szkole, jednak plan został zmieniony – najpierw pojechaliśmy Greenwich, potem Canterbury.

Tego dnia było dużo jeżdżenia. Łącznie spędziliśmy w autokarze kilka dobrych godzin. W Greenwich zobaczyliśmy słynne obserwatorium i linię południka 0. Ze wzgórza, pod pomnikiem generała Wolfe’a, mogliśmy podziwiać zapierającą dech w piersiach panoramę Londynu, z nowoczesnymi biurowcami w Canary Wharf na pierwszym planie. Potem zeszliśmy w dół uroczą, parkową aleją, w towarzystwie ganiających wokół wiewiórek, do Maritime Museum. Tam obrazowo szczegółowo przedstawiono historię Royal Navy – chluby Imperium Brytyjskiego. Mekka zarówno dla miłośników historii, jak i żeglarstwa.

I to było na tyle zwiedzania Greenwich, wróciliśmy się pięknym parkiem do naszego autokaru i obraliśmy kurs na Canterbury. Miasteczko to zachwyciło nas świetnie zachowaną średniowieczną architekturą, a największe wrażenie zrobiło oczywiście słynne opactwo. Podziwialiśmy świątynię z opadniętą szczęką. Później od 17:40 do 18:30 mieliśmy czas wolny na łażenie po sklepach z pamiątkami. Co nieco się kupiło, potem zmyliśmy się do hostelu. Po kolacji – wyśmienitym Spaghetti a’la Inglese - oczywiście zajęcia z panem Andrzejem, a po zajęciach – czas wolny, w założeniu przeznaczony na sen.

Czwartek, około 11:30 dotarliśmy pod Muzeum Historii Naturalnej. Sprytny pan Andrzej wprowadził nas bocznym wejściem, dzięki czemu ominęliśmy ponad godzinnej kolejki. Te wszystkie szkielety dinozaurów i wystawy niezliczonych eksponatów z nimi związanych sprawiły, że w niejednym obudził się dziecięcy entuzjazm (kto nie bawił się dinozaurami w dzieciństwie?). Wystawy dotyczyły każdego aspektu historii naturalnej, począwszy od procesów geologicznych, poprzez minerały i kamienie szlachetne, skończywszy na ewolucji od mikrobów po człowieka współczesnego. Aby obejrzeć to wszystko trzeba by było siedzieć tu przynajmniej cały dzień. Niestety my nie mieliśmy tyle czasu i zaraz musieliśmy pójść do Science Museum, gdzie znajdowały się eksponaty związane z historią wynalazków i technologii. Choćby biegnąc sprintem, brakowało czasu na zwiedzenie tych dwóch ogromnych muzeów, ale i tak było co oglądać. Po tym intensywnym zwiedzaniu, wszystkim zaczęły odpadać nogi, a czekał nas jeszcze spacer przez South Kensington do słynnej, przepięknej hali koncertowej Royal Albert Hall. Za nią czekał już na nas autokar.

Autokarem podjechaliśmy pod Hyde Park, gdzie pan Andrzej zaprowadził nas do Speaker’s Corner, miejsca, gdzie każdy może się swobodnie wypowiedzieć (niestety nikt nie skorzystał z możliwości), a następnie pod Marble Arch, skąd ruszyliśmy na Oxford Street, największą ulicę handlową w Europie, na „małe” zakupy, od 15:50 do 18:25. Wszyscy wrócili do miejsca zbiórki pod Marble Arch obładowani torbami i zadowoleni, chociaż był wyjątek. Otóż ja, na największej ulicy handlowej w Europie, wydałem całego funta i sześćdziesiąt pensów na ciasteczko (kawę dostałem za darmo w ramach świątecznego prezentu od kasjerki, która okazała się być Polką).

Do zaliczenia najważniejszych miejsc w Londynie brakowało tylko jednego – Buckingham Palace, siedziby królowej Elżbiety II. Tak więc podjechaliśmy pod pałac i pod nim porobiliśmy sobie setki zdjęć. Na maszcie powiewała oficjalna flaga królewska, świadcząc o obecności królowej w pałacu, która najprawdopodobniej urządzała przyjęcie charytatywne, co można było wywnioskować po licznych limuzynach, wjeżdżających przez bramę pałacu. Domyślam się jednak, że nawet na przyjęciu u królowej nie podają tak wykwintnych dań, jak kulinarne majstersztyki pani Gosi. 

Tak minął ostatni dzień w Londynie.

Nazajutrz, dnia 16.12., o godzinie 8:30, opuściliśmy nasz hostel w Streatley, zapakowaliśmy się do naszego złotego mercedesa i odjechaliśmy w kierunku Dover. Tam też pojechaliśmy złożyć wizytę w tamtejszej szkole. Zostaliśmy bardzo miło ugoszczeni przez dyrektora, nauczycieli i uczniów. Od razu w oczy rzuciła się nam różnica w jakości sprzętu – oni tam mają iMac’i, a my co? Niemałym szokiem kulturowym było odkrycie, że mają tam wygodne krzesła, na których można się wygodnie oprzeć! Niesamowite!
Zajęcia integracyjne z tamtejszymi uczniami były naprawdę świetne – poza samą konwersacją w języku obcym, urozmaiciliśmy czas budowaniem wieży ze spaghetti i pianek, podczas gdy druga grupa robiła manekin challenge w sąsiedniej sali.

Czas ten spędziliśmy bardzo miło w sympatycznej atmosferze, ale trzeba było się w końcu pożegnać. Zatrzymaliśmy się jeszcze w Tesco, aby zrobić zapasy na długą drogę powrotną, po czym ruszyliśmy, opuszczając Dover i jego piękne, białe klify.

Około godziny 16:30 wjechaliśmy do Eurotunelu, skąd w pół godziny przeprawiliśmy się przez kanał na kontynent.

17.12., rano, przekroczyliśmy granicę Polski. O 10:00 na stacji benzynowej w Katowicach, ze łzami w oczach żegnaliśmy pana Andrzeja i panią Gosię. Do Rzeszowa dotarliśmy koło 13:00. Wszyscy wrócili cali i zdrowi w komplecie 44 osób i trzech pań opiekunek, bogatsi o nowe doświadczenia.

Kajetan Czudec, Ic